Robię na swoim. Własna działalność, jeden facet, sam sobie firma. Co miesiąc pierwszy przelew idzie nie do mnie, tylko ode mnie — ZUS, w całości, z własnej kieszeni, bez ulgi, bez taryfy. Płacę za to, że w ogóle mam prawo pracować. Tak to działa. Najpierw oddajesz, potem żyjesz z tego, co zostało. A zostaje akurat tyle, żeby nie zdechnąć, ale za mało, żeby cokolwiek zacząć.
Sprawdzałem kiedyś, czy załapię się na cokolwiek. Mieszkanie, jakaś pomoc, cokolwiek, co państwo niby trzyma dla ludzi. Nie ma po co zaczynać. Wszędzie ten sam komunikat: za dużo zarabiasz. Niby zarabiam. Na papierze jestem ktoś, komu poszło. W realu jestem facetem, który nie odłoży na wkład własny, choćby przestał jeść. Bank patrzy na takiego jak ja i nie widzi klienta, tylko ryzyko. Za bogaty na pomoc, za biedny na własny kąt. Wpasowany idealnie w tę dziurę, z której nikt cię nie wyjmie, bo formalnie ci dobrze.
A potem przewija mi się to przez telefon. Że państwo bierze pod opiekę artystów. Że tym, co zarabiają najmniej, dopłaci do składek — uzupełni im, ile trzeba, żeby mieli swoje minimum. Żeby na koncie w ZUS-ie coś się zgadzało, nawet jak sami nie dali rady. Przeczytałem dwa razy, bo myślałem, że źle zrozumiałem.
Bo ja swoje płacę sam. Co do grosza. Nikt mi niczego nie uzupełnia do żadnego minimum. A jak ktoś z rządu się tłumaczy, to leci mniej więcej tak: przecież dopłacamy już przedsiębiorcom, więc czemu nie artystom. No to ja jestem ten przedsiębiorca. Mała działalność, jeden człowiek. I jakoś tej dopłaty nie widziałem na oczy. Płacę pełną stawkę i jeszcze mam być wdzięczny, że pozwalają. Widać są przedsiębiorcy i przedsiębiorcy.
I nie chodzi o to, że komuś się pomaga. Niech grają, malują, piszą — niech mają z czego dożyć starości, nie życzę nikomu mojej. Chodzi o to, że ktoś gdzieś wziął ołówek i narysował linię. Po jednej stronie ci, którym państwo dorzuci. Po drugiej ci, którzy dorzucają. I ja całe życie stoję po tej drugiej. Płacę za siebie, płacę za tamtych, płacę za ludzi, których nigdy nie zobaczę. Pracujący, uczciwy, terminowy. I niewidzialny dokładnie wtedy, kiedy sam bym coś wziął.
Cała ta troska o człowieka idzie w jedną stronę. Mnie nikt pod opiekę nie weźmie, bo ja, kurwa, jestem ta opieka. Jestem tym, z którego się ją składa. Ten, który dopłaca.
To, co próbuję: Nie zwinąłem tego. Łatwiej byłoby zamknąć działalność, pójść tam, gdzie ktoś inny liczy mi składki, a ja raz w miesiącu tylko patrzę, ile wpadło. Ale jeszcze nie. Wystawiam dalej, płacę, co trzeba, jadę. Nie dlatego, że wierzę, że będzie lepiej. Dlatego, że zwinąć to byłoby przyznać im rację. To nie ruch do przodu. To zaparcie się nogami, żeby mnie nie zepchnęli jeszcze dalej. Ale liczę to mimo wszystko.
Jedna rzecz, przez którą nie nienawidzę dzisiaj: Skończyła mi się robota wcześniej, niż myślałem. Wyszedłem na balkon, akurat było jeszcze ciepło, słońce nisko, nikt niczego ode mnie nie chciał. Parę minut, w których nie byłem niczyją składką. Tyle starczyło.