Mój ojciec nie żyje od ponad dwudziestu lat. I dzisiaj uświadomiłem sobie głupią rzecz: on był ostatnim człowiekiem, który zapytał „jak się masz” i naprawdę czekał na odpowiedź. Nie z grzeczności. Nie żeby zaraz przejść do swojego. Pytał, bo chciał wiedzieć.
Dwadzieścia lat to dużo. Tyle, że już nie pamiętam jego głosu dokładnie — pamiętam, że był, ale sam dźwięk mi ucieka. Pamiętam za to, jak się przy nim siedziało. Że można było milczeć i to nie było niezręczne. Że nie musiałem nic udawać.
Pamiętam ostatnią rozmowę. Mówiłem do niego bełkotliwie, niewyraźnie, słowa mi się rozjeżdżały, bo nie umiałem ich poskładać. Coś się wtedy u mnie waliło, już nie pamiętam co — wtedy wydawało się końcem świata, dziś bym tego nawet nie nazwał. A on słuchał. Nie poprawiał, nie ponaglał, nie rzucał dobrych rad, których nikt nie chce. Słuchał faceta, który nie potrafił wydusić zdania. I to wystarczało.
Po nim to się skończyło. Ludzie pytają, jasne. „Co tam, jak leci.” Rzucają to przez ramię, mijając mnie jak „cześć”. To nie jest pytanie, to dźwięk. Wypełniacz. Czekają na „w porządku”, żeby móc iść dalej, i obaj wiemy, że nikt tu nie chce prawdziwej odpowiedzi. Bo prawdziwa odpowiedź jest niewygodna. Prawdziwa odpowiedź zatrzymuje.
I ja to „w porządku” mówię. Z przyzwyczajenia, zanim w ogóle pomyślę. Dwadzieścia lat odruchu. Wytresowałem się sam — bo po co mówić więcej, skoro i tak nikt nie został, żeby posłuchać. Łatwiej skłamać krótko niż tłumaczyć komuś, kto już odszedł myślami.
Najgorsze nie jest to, że go nie ma. Z tym jakoś się żyje, człowiek się przyzwyczaja do dziury. Najgorsze jest to, że razem z nim zniknęło miejsce, gdzie mogłem powiedzieć prawdę i nie zostać za to ukaranym. Nikt go nie zajął. Znajomi nie. Najbliżsi nie. Nawet się nie zorientowałem kiedy — po prostu w którymś momencie zauważyłem, że już dawno nie powiedziałem nikomu, jak jest naprawdę. I że nie mam komu.
To, co próbuję: Dzisiaj, kiedy znajomy rzucił to swoje „jak się masz”, nie powiedziałem od razu „w porządku”. Zatrzymałem się na sekundę. Chciałem powiedzieć coś prawdziwego, sprawdzić, czy jeszcze umiem. Nic z tego nie wyszło — on już patrzył w telefon, pytanie było grzecznościowe, jak zawsze. Ale ja się zatrzymałem. Pierwszy raz od dawna nie odpowiedziałem odruchem. To niewiele, ale to ruch.
Jedna rzecz, przez którą nie nienawidzę dzisiaj: Że go pamiętam. Że jeszcze umiem sobie przypomnieć, jak to jest, kiedy ktoś naprawdę słucha — nie z obowiązku, tylko dlatego, że mu zależy. Skoro to pamiętam, to znaczy, że istniało. A skoro istniało raz, to może nie jest tak, że już nigdy.