30.05 — naładowany w 3%

Czterdzieści dwa lata. I siedzę z myślą, czy to nie za późno, żeby urodzić się na nowo.

Nie chodzi o postanowienie noworoczne. Nie o to, że od poniedziałku więcej warzyw. Chodzi o ten odjebany numer, o którym czyta się w internecie — daj mi dwadzieścia cztery miesiące, a mnie nie poznasz. Inny człowiek. Ciało inne, twarz inna, łeb inny, życie inne. Tak się zaorać, żeby znajomi przechodzili obok i nie kojarzyli, żeby rodzina musiała się dwa razy przyjrzeć. Zniknąć jako ten i wrócić jako ktoś, kogo się nie wstydzę.

Bo z drobnicą to ja się zgadzam. Rzucić palenie — jasne, nigdy nie za późno. Odstawić cukier — pewnie, da się w każdym wieku. To są łatwe gadki, bo to tylko odejmowanie. Wyrzucasz jedną rzecz i jesteś o nią lepszy. Każdy ci przyklaśnie, bo każdy zna kogoś, kto rzucił, i każdy chce wierzyć, że on też kiedyś. „Nigdy nie jest za późno” wisi na każdym kubku, każdej ściance na siłowni, każdej pierdolonej rolce o porankach zwycięzców. Tanie jak barszcz. Bo nic nie kosztuje to powiedzieć.

Tylko że ja nie pytam, czy da się rzucić fajki. Pytam, czy da się rzucić siebie. A to już inna bajka. Dwadzieścia cztery miesiące — wiesz, czemu akurat tyle? Bo brzmi poważnie, a jest dostatecznie daleko, żeby nie musieć zaczynać dzisiaj. Dwa lata to idealny dystans dla faceta, który chce się zmienić, ale jeszcze nie teraz, jeszcze nie od rana. Wpisujesz sobie tę datę i już czujesz się lepiej, choć nie zrobiłeś ani jednego przysiadu.

I tu mnie łapie najgorsza myśl. Że to całe „chcę, żeby mnie nie poznali” to nie jest praca nad sobą. To chęć zniknięcia z lepszym PR-em. Ja nie chcę być lepszy. Ja chcę przestać być tym. Różnica niby żadna, a przepaść. Bo z lepszego się człowiek cieszy. A ja po prostu mam siebie po dziurki w nosie i marzy mi się wersja, która chodzi w tym samym mieście, ale nie ciągnie za sobą mojej historii.

Tyle że tak to, kurwa, nie działa. Możesz zbudować klatę, możesz wyprostować plecy, możesz se kupić nową mordę u doktora. Ale do tego nowego ciała i tak wpychasz tę samą głowę. Ten sam łeb, te same noce, tę samą gadkę o trzeciej nad ranem. Zmieniasz opakowanie, a w środku dalej ja. Nie urodzisz się na nowo. W najlepszym razie urodzisz się ten sam, tylko bez papierosa.

Czterdzieści dwa lata to nie za późno, żeby coś rzucić. To za późno, żeby uciec od tego, kto będzie to rzucał.

To, co próbuję: Nie zapisałem się nigdzie. Nie kupiłem karnetu, nie wyrzuciłem cukru, nie zacząłem żadnego wielkiego pierwszego dnia. Ale przestałem chociaż wmawiać sobie, że chodzi o zdrowie i dyscyplinę. Nazwałem to, czym jest — że chcę zwiać od siebie, nie naprawić siebie. To nie ruch do przodu. To stanięcie twarzą w twarz z facetem, od którego chcę uciec, i niezamknięcie oczu. Liczę to mimo wszystko.

Jedna rzecz, przez którą nie nienawidzę dzisiaj: Stałem przed lustrem i przez przypadek się wyprostowałem. Sekunda, zanim znów się zgarbiłem. Ale przez tę jedną sekundę to ciało wyglądało, jakby jeszcze komuś na nim zależało. Nawet jeśli tym kimś byłem tylko ja, i to ledwo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *